Ciekawi jesteście, jak zakończyła się nasza historia?

Lekarz powiedział nam wtedy, że z tym całym opatrunkiem i rusztowaniem Wiki może chodzić około trzech miesięcy.

No więc czekaliśmy… bo co nam pozostało?

Ale jak to u nas bywa — długo spokojnie nie jest.

W międzyczasie okazało się, że ząb jest uszkodzony i znowu zaczęło się bieganie, szukanie, pytanie, dzwonienie…

Musieliśmy zrobić porządne prześwietlenie, żeby zobaczyć wszystkie zęby. Brzmi prosto, prawda?

No to nie było.

Dzięki pomocy naszej znajomej jeździliśmy w różne miejsca, ale wszędzie słyszeliśmy to samo:

„Tego typu zdjęcia nie jesteśmy w stanie zrobić”.

I tak od gabinetu do gabinetu, od nadziei do rezygnacji.

W końcu trafiliśmy do chirurgii stomatologicznej.

I tam – jakimś cudem – lekarz zrobił zdjęcie, na którym było widać dokładnie to, czego potrzebowaliśmy.

I co? Okazało się, że jest OK!

Ten sam lekarz powiedział, że podejmie się naprawy uszkodzonego zęba.

No powiem Wam… mieliśmy naprawdę dużo szczęścia do ludzi, którzy wtedy stanęli na naszej drodze.

Ale to jeszcze nie koniec.

Przyszedł czas, żeby rozejrzeć się za kliniką, w której można zrobić Wiki zęby w narkozie.

Myślałam, że to formalność.

No to się przeliczyłam.

Na fundusz? Nie ma opcji.

Prywatnie? To dopiero zaczęła się jazda.

Obdzwoniłam chyba wszystkie kliniki i szpitale w Polsce.

Czas oczekiwania?

👉 od 10 do 20 miesięcy.

A teraz najlepsze (albo najgorsze)…

Od jednej pani usłyszałam:

„Nie ma czegoś takiego jak na cito dla osób z niepełnosprawnością.”

Wyobrażacie sobie, jak się poczułam?

Chyba nawet nic nie odpowiedziałam.

Bo co tu powiedzieć…

Odjęło mi mowę.

Dalej było tak….

Po kilku dniach tych wszystkich maminych oddechów — takich, wiecie, z głębokiego dna, gdzie człowiek próbuje nie zwariować — powiedziałam sobie:

„Nie. Jeszcze raz spróbuję. Muszę.”

Bo ile można?

Wiki dłużej nie mogła chodzić z tym zębem na rusztowaniu, a ja już nie mogłam patrzeć na tę niepewność każdego dnia.

Coś trzeba było zrobić — i to szybko.

Usiadłam więc, otworzyłam telefon i wpisałam w chat:

„Znajdź mi klinikę lub szpital, gdzie zrobią zęby w narkozie OD RĘKI.”

Tak po prostu, bez kombinowania, bez kolejnych godzin telefonów.

I wiecie co?

Znalazł.

Gliwice. Family Smile.

Brzmiało jak bajka. Zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Ale zadzwoniłam.

Serce waliło, ręce się trzęsły, bo tyle razy już usłyszałam „nie”, że nawet nie liczyłam na „tak”.

A tam po drugiej stronie — normalny, życzliwy głos.

I słowa, które sprawiły, że poczułam lekkość i ogromną wdzięczność.

No i pojechaliśmy.

Trochę się denerwowałam, bo przecież nie wiedziałam, jak to będzie.

Czy ten ząb da się uratować?

Czy jednak trzeba będzie go wyrwać?

W głowie miałam tysiąc myśli, a serce to już w ogóle robiło swoje.

Dodatkowo kilka dni wcześniej byliśmy u lekarza w Toruniu i — jak to mój mąż mówi — zbudował we mnie napięcie.

Nastraszył mnie tak, że wychodziłam z gabinetu bardziej przerażona niż byłam wcześniej.

Ale tu… było inaczej. Zupełnie inaczej.

Kilka dni przed wyjazdem przesłałam do kliniki wszystkie zdjęcia zębów, które wcześniej udało nam się zrobić.

Droga trwała ponad 3 godziny, więc miałam czas, żeby przerobić w głowie wszystkie możliwe scenariusze.

Aż dojechaliśmy — i wtedy poczułam, że trafiliśmy we właściwe miejsce.

To było cudowne miejsce.

Bez spiny.

Bez napięcia.

Bez tekstów: „bo dziecko z niepełnosprawnością to…”,

„bo to będzie trudne…”,

„bo nie wiemy, czy…”.

Nic z tych rzeczy.

Po prostu potraktowali nas normalnie.

NORMALNIE.

A to dla nas często najcenniejsza rzecz na świecie.

Wzięli Wiki na fotel, uśpili ją, włączyli bajkę…

A ja patrzyłam, jakby to był jakiś kosmos.

Jakby wszystko, co wcześniej było trudne, nagle stało się możliwe.

Po 1,5 godziny wyszli — spokojni, jakby robili to codziennie (a pewnie robili!).

I wtedy usłyszeliśmy:

 Ząb uratowany.

Rentgen zrobiony.

 Czyszczenie zrobione.

 Plus jeszcze pięć ząbków ogarniętych przy okazji.

Wiki zniosła znieczulenie świetnie.

Kiedy do niej wróciliśmy, była już spokojna, jakby to wszystko było tylko krótką drzemką.

A my wracaliśmy do domu szczęśliwi.

Z takim ciepłem w środku…

z tą myślą:

„Są jednak na świecie wspaniali ludzie. Tacy, którzy traktują nas normalnie, z życzliwością, bez strachu i bez uprzedzeń.”

I to jest chyba najpiękniejsza puenta tej całej naszej przygody z zębem.