Dzień z życia… kiedy Google, przypadek i dobrzy ludzie ratują ząb Wiki
c.d…
Siedząc na tej kanapie, z głową pełną strachu i bezradności, zaczęłam działać tak, jak działają wszystkie mamy w kryzysie — szukać ratunku, gdzie tylko się da.
Telefon w rękę, Google w ruch: co zrobić z wyrwanym zębem, jak go uratować, gdzie jechać, kogo pytać?
W końcu znalazłam informację:
Ząb trzeba natychmiast włożyć do mleka.
Bez zastanowienia zrobiłyśmy to. Choć w głowie wciąż kołatała się myśl: Czy to w ogóle pomoże? Czy już za późno?
W pośpiechu pojechałam do przychodni w Ciechocinku, z nadzieją, że ktoś nam powie, co dalej robić. Niestety, mimo że był tam stomatolog, nie udzielono nam żadnej pomocy.
Usłyszałam tylko tłumaczenia, że „pani doktor czeka na swoich pacjentów”.
A ja przecież nie chciałam cudów – chciałam tylko wskazówki, ratunku, informacji, gdzie jechać, do kogo się zgłosić.
Wtedy zadzwoniła moja koleżanka.
Powiedziała, że porozmawia z lekarzem z Radziejowa. To był człowiek-anioł. Mimo że był na urlopie, kazał nam przyjechać natychmiast.
Kiedy dotarłyśmy, od razu zajął się Wiki.
Okazało się, że podejmie próbę uratowania zęba.
Najpierw wyleczył go kanałowo, ale poza jamą ustną, żeby nie robić Wiki dodatkowego bólu.
Potem ostrożnie włożył go z powrotem i „zbudował” małe rusztowanie, żeby utrzymać go na miejscu.
Dostaliśmy leki, zalecenia i… pozostawało tylko czekać, czy wszystko się przyjmie.
To czekanie było najgorsze – ta niepewność, czy zrobiłam wszystko dobrze, czy los nam sprzyja, czy Wiki będzie miała ten ząb.
Agnieszka Matuszak
